I znowu to samo. Znowu samotność, znowu szarość. Nic tylko praca, praca, dom. Myślałam nad swoim życiem. Myślałam nad tym co mnie spotkało i co mnie jeszcze spotka, ale bez sensu. Śmierć, choroba, strach – takie zjawiska przetaczały się przez moje życie bez przerwy. Takie sny nawiedzały mnie nieustannie. Smutek, żal, gniew, osamotnienie takie uczucia mną kierowały. Pamiętam to był chyba poniedziałek. Tak, szary ponury poniedziałek, który zmienił moje życie. Jednak sama nie wiem czemu tak się stało. Tamtego dnia jak w każdy inny dzień szłam do pracy. Wsiadłam do metra i pojechałam na drugi koniec Warszawy. Jechałam bo musiałam. Nie było sensu siedzieć w pustym domu, obserwując białe ściany. Wszystkie meble, wszystkie obrazy przypominały mi o Jacku. Poznaliśmy się 30 lat temu. Był maj. Gdy miałam 17 lat pojechałam z koleżankami na obóz harcerski. On był moim zastępowym. Był ode mnie starszy o dwa lata. Był postawnym mężczyzną o kruczoczarnych włosach i szarych oczach. Imponował mi swoim zachowaniem. Zawsze był poważny, ale gdy przychodziło co do czego umiał się uśmiechnąć tak, że na sam jego widok serce zaczynało mi bić jak szalone. Minęły trzy tygodnie wspaniałej wyprawy i trzeba było wracać. Wtedy dojrzałam. Poszłam do niego i powiedziałam jak bardzo go lubię. Owszem bałam się powiedzieć mu całą prawdę, ale nie musiałam. On wyczytał z moich oczu wszystko co skrywałam w sercu. Pamiętam, że na pożegnanie dał mi całusa w policzek i powiedział, że na zawsze zostaniemy przyjaciółmi. Gdy wróciłam do domu przez długi czas nie mogłam o nim zapomnieć. Śnił mi się każdej nocy, a wspomnienia z obozu wirowały we mnie nie dając spokoju. To była moja pierwsza prawdziwa miłość. Pewnego dnia, a był to najcudowniejszy dzień w moim życiu, zadzwonił telefon. Od razu rozpoznałam jego głos. Pamiętam jak zaproponował mi spotkanie. Byłam w siódmym niebie, a serce biło jak szalone. Nic już nie mogło popsuć mi humoru.
***
Przeżyliśmy tak 20 lat. Niestety 2 lata po ślubie dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci. Załamałam się ale Jacek podtrzymywał mnie na duchu jak nikt inny. Nawet moja matka tak mnie nie wspierała. Wciąż mam w głowie jego słowa: „Najważniejsze, że mamy siebie. Wszystko inne się nie liczy”. Pięć lat temu Jacek dowiedział się, że ma raka mózgu. Ehhh. Brakuje mi go. W pustym domu chodziłam jego szlakami, dotykałam rzeczy, przypominałam sobie nasze wspólne chwile. Wszystko działo się tak szybko, a ja nie umiałam tego opanować. Z każdym krokiem, z każdą myślą uzmysławiałam sobie, że jego już nie ma. Że już nie usłyszę jego głosu, że nie poczuje jego dłoni na swojej twarzy. Brakowało mi naszych rozmów. Był moim przyjacielem. Kiedy wykryto chorobę, mój mąż zmienił się nie do poznania. Był zamknięty w sobie, a myślami wędrował gdzieś gdzie ja nie miałam dostępu. Patrzył na mnie, ale w jego wzroku nie było tego co dawniej. Nie było iskry, zachwytu. Wiele razy myślałam, że to moja wina, ale z czasem zrozumiałam, że to przez chorobę, która zżerała go od środka. Wiele razy zadawałam sobie pytanie jak mu pomóc. Jego twarz była poważna, a oczy bez wyrazu., ale wierzyłam, że słyszy to wszystko co do niego mówię. Po 5-ciu latach cierpienia odszedł. Choroba go nie oszczędziła. Ja też nie dodawałam mu otuchy. Przychodziłam z pracy do domu, siadałam, nawet nie robiłam obiadu. No bo po co, dla kogo? Jacka i tak musiałam karmić przez rurkę bo nie był w stanie sam jeść. Gdy patrzyłam jak cierpi odechciewało mi się żyć. Nie miałam już siły bawić się w pielęgniarkę. Z każdym podejściem do łóżka miałam ochotę wybiec z domu i już do niego nie wrócić. Całymi dniami przesiadywałam przy jego łóżku. W nocy pilnowałam by smacznie spał, gdy ja ledwo trzymałam się na nogach. Opowiadałam mu różne historie, które zdarzyły się w pracy. Czekałam, ale jednocześnie bałam się momentu, kiedy się obudzi. Kiedy stanie na nogi, a ja nie umiałabym się zachować, nie wiedziałabym co powiedzieć. Po jego śmierci wszystko się zmieniło. Nic mnie nie cieszyło. Każda najdrobniejsza porażka wywoływała u mnie wybuch płaczu. Nie byłam już tą samą silną kobietą jaką byłam 10 lat temu. Wszystkie moje myśli były daleko od domu, męża. Sama nie wiedziałam czego chciałam, czego pragnęłam. Chciałam cofnąć czas i zatrzymać te uciekające minuty. Chciałam mu jeszcze tyle powiedzieć. Zostawił mnie samą. Myślał tylko o sobie.
***
Jadąc tak tym metrem bez animuszu, rozglądałam się wokół i obserwowałam ludzi, którzy również jechali na drugi koniec Warszawy. Starsza kobieta w beżowym kapeluszu czytała tygodnik, młody chłopiec grał w jakąś grę elektroniczną. Wszyscy poważni, zamyśleni … i nagle, nawet nie wiem co mnie do tego skłoniło zauważyłam Jego. Był wysoki, przystojny. Miał duże brązowe oczy i siedział naprzeciwko mnie. Mimo tego dostrzegłam go dopiero po paru chwilach. Czytał gazetę. Miał chyba z 25 lat może więcej. Promieniowało od niego dobrocią, inteligencją i czymś czego do dziś nie umiem wyjaśnić. Spojrzałam na niego i poczułam, że serce zabiło szybciej a oddech wyraźnie przyspieszył, jakbym zobaczyła ducha. Po za nim nie interesowało mnie już nic a nic. Sama nie wiem co to było, ale to było bardzo przyjemne uczucie. Serce nie chciało zwolnić … nie wiem co się ze mną działo. Przecież ja go w ogóle nie znałam. Wyraźnie był ode mnie dużo młodszy i … chyba kogoś miał. Miał na sobie grubą kurtkę, gdyż była to zima. Dla mnie był jak ósmy cud świata. Gdyby nie Ci wszyscy ludzie rzuciłabym mu się na szyje i ucałowała czule. Wtedy zorientowałam się, że zwariowałam. Jak on może mi się podobać? O co tu chodzi? Jacek umarł pół roku temu a ja już myślę o następnym. „Wstydź się! Masz prawie 50 lat! Opanuj się!” pomyślałam. Przez cały czas owej jazdy nie odrywałam od niego oczu. Byłam jak zahipnotyzowana. Gdy dojechałam na swoją stację nie chciałam wysiadać. Chciałam pławić się w jego blasku. Tulić wzrokiem jego ciało. Wiedziałam, że jak wysiądę to wszystko zniknie, że znowu będzie szary ponury poniedziałek, praca której nie znoszę, ludzie którzy mnie denerwują na każdym kroku, klienci którzy wciąż narzekają. Po śmierci Jacka nie miałam celu w życiu. Chciałam zakopać się w ziemi i czekać … sama nie wiem na co. Niechętnie wysiadłam z wagonu i udałam się w kierunku piekła jakim była moja praca. Weszłam do budynku i od progu poczułam niechęć do tego miejsca i żal do tego mężczyzny, że zostawił mnie z tym wszystkim samą. W jego pobliżu czułam się jak by zatrzymał się czas. Cały dzień chodziłam potłuczona, wszystko leciało mi z rąk. Nie mogłam przestać myśleć o tym mężczyźnie z wagonu. Nazwałam go Pan M. Wiem głupio ale łatwiej było mi go sobie wyobrazić. Był, siedział obok mnie. Wydawało mi się, że przy nim czułabym się szczęśliwsza, że odnalazłabym sens życia.
Gdy poznałam Jacka nie przypominał tego, którym stał się później. Kariera, dom, rodzina, to były je cele. Gdy dowiedział się o chorobie nic go już nie interesowało. Całe jego życie przekręciło się o całe 180 stopni ale kiedy zapadł w śpiączkę było coraz gorzej. Zaczęło brakować nam pieniędzy. Musiałam wziąć kredyt, pożyczać pieniądze od znajomych. Do tej pory spłacam zadłużenia.
***
Minął jakiś czas. Sporadycznie widywałam go w metrze. Jeździł chyba na uczelnie. Nie mogłam przestać o nim myśleć. Pewnego dnia wstałam o 6.30. Umyłam się, ubrałam, wypiłam kawę i znowu do pracy. Chciałam go spotkać. Chciałam znowu spojrzeć w jego oczy. Pieścić wzrokiem jego twarz. Dotarłam na peron i z utęsknieniem czekałam na pociąg. Modliłam się aby wsiadł do mojego wagonu. Błagałam Boga, aby dał mi kolejną szansę bym znów mogła zobaczyć Pana M. Gdy w końcu przyjechał pociąg, wsiadłam i ze ściśniętym gardłem usiadłam na jednym z miejsc. Czekałam na jego przyjście. Moje prośby zostały wysłuchane, gdy pociąg wjechał na stacje Politechnika. Nagle, gdy uchyliły się drzwi, miałam wrażenie, że śnię. Wszedł On. Pan M. Miał czarny skórzany plecak, a w prawej ręce trzymał gazetę. Oczywiście usiadł naprzeciwko mnie i zaczął ją czytać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ja go chyba kocham. Zgłupiałam, doszczętnie zgłupiałam. Kochać kogoś kogo się nie zna, kogo widzi się pierwszy raz na oczy. Nie znając jego imienia. Pan M. to nawet nie imię, nawet nie przezwisko to tylko wymysł mojej chorej wyobraźni. „Jestem wariatką” pomyślałam. Jednak wtedy wydawało mi się, że to znak od Boga, że wkońcu skończą się moje problemy. Nagle on zwinął gazetę. Popatrzył się na mnie. Ja wyprostowałam się jakby na zawołanie. Uśmiechnął się delikatnie i wyjął z kieszeni telefon. Widziałam że pisał do kogoś. Zaciekawiło mnie to. Gdy dojechałam na swoją stację wszystko się zmieniło. Zostałam na swoim miejscu. Gdy drzwi się zamknęły pomyślałam sobie: „ Zwariowałaś, kobieto!?” Śledzenie kogoś to dość dziwna sprawa, ale było już za późno na zmianę decyzji. Nagle usłyszałam jak ktoś do mnie mówi: „Przepraszam, upadła Pani czapka?” To był Pan M. Ja otworzyłam oczy szeroko jakby zapytał się o coś intymnego. Podał mi czapkę. Drżącą ręką odebrałam przedmiot. Przez przypadek dotknęłam jego dłoni. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Popatrzyłam na niego wystraszona. Podziękowałam i odwróciłam speszona wzrok. Wciąż w uszach miałam ten jego gruby głos. Spojrzałam na swoją rękę. Czułam się bardzo dziwnie. Nie umiem nawet tego logicznie wyjaśnić. Oddech miałam przyspieszony, serce biło szybciej. Musiał zauważyć moją bladą twarz bo rzekł zdenerwowanym głosem: „ Proszę Pani? Wszystko w porządku? Jest Pani blada.” Byłam blada bo się bałam, że mnie zdemaskuje. „Tak, wszystko dobrze. Trochę tu gorąco.” - wydukałam uśmiechając się nerwowo.
***
Dojechaliśmy do stacji Młociny. Pan M. podniósł się i pośpiesznie wyszedł. Ja pobiegłam za nim. Wyszliśmy z metra i prosto ulicą do jakiegoś bloku. Powoli, z obawą, że mnie zauważy szłam za nim bacznie go obserwując. Nagle wyjął telefon i usłyszałam jak z kimś rozmawia. Byłam ciekawa z kim. „Boże kobieto, co Ty robisz?!” pomyślałam sobie, ale nogi się nie zatrzymały. Weszłam za nim w jakąś krętą dróżkę i nie zważając na nic szłam, jakbym szła do siebie. Pan M. poprawił plecak i znowu wyjął telefon z kieszeni. Gdy odebrał przystanął, a ja razem z nim. Zaczął radośnie z kimś rozmawiać. Usłyszałam: „ … dobrze będę za 5 minut, kochanie.” Gdy usłyszałam to słowo na „k” zdębiałam. On kogoś ma, ale jak to możliwe? Po kilku minutach zdałam sobie sprawę, że on na mnie patrzy. Gdy to zauważyłam dostałam ataku histerii. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Jakby nigdy nic oddaliłam się, mając w pamięci ten jego zaskoczony wyraz twarzy. Potem udałam, że wchodzę do jakiegoś domu, a on poszedł dalej nie oglądając się za siebie. Oczywiście poszłam za nim. Weszliśmy w jakieś ładne osiedle. „Pewnie tu mieszka.” pomyślałam. Już chciał wejść do jakiegoś domu, gdy nagle odwrócił się i znowu spojrzał na mnie gniewnie. Oburzył się i już bez uśmiechu odezwał się: „Czy Pani mnie śledzi?” Otworzyłam szeroko oczy z niedowierzaniem, chociaż to była prawda. „Nie, pewnie, że nie…!” powiedziałam z grymasem na twarzy. „Jak nie jak tak! Zawsze gdy się odwracam widzę Panią! Czego Pani ode mnie chce?” Poczułam się jakby mnie uderzył. Miałam w sercu dziurę. Jak on może, ja go przecież tak kocham, a on na mnie krzyczy. Nagle dostrzegłam na jego ręku złoty krążek. A jednak kogoś ma. Nagle zauważyłam jak z domu wychodzi jakaś kobieta. Drobna, szczupła szatynka. Miała duże oczy i piękne rysy twarzy. Była chyba w 4-tym miesiącu ciąży. Spojrzałam mu w oczy i poczułam się zdradzona. Jednak gdy dostrzegłam jego groźne spojrzenie, zebrało mi się na płacz. Chciałam uciec stamtąd jak najszybciej. Podeszła do nas ta młoda dziewczyna i nagle odezwała się do mnie z radością w głosie: „Pani Orłowska? To Pani?” Na początku nie wiedziałam o co jej chodzi. „Tak, ale nie wiem kim Pani jest?” Spojrzała na mnie z uśmiechem i odpowiedziała: „Nazywam się Natalia Wieczorek. Uczyła mnie Pani matematyki w liceum. No i należałam do harcerstwa. Jeździłam z Panią oraz z Panem Jackiem na obozy harcerskie.” Nagle sobie przypomniałam. Mała Natalka, zawsze uśmiechnięta lecz skryta i nieśmiała. Zostałam uratowana. „Natalia? To naprawdę Ty? Jak miło Cię widzieć. Ile to lat minęło? Chyba z 10. Co u Ciebie?” „A wspaniale, dziękuję. To jest mój mąż …”. Co jak to mąż, czyj? Jej? Boże, ależ ja się wygłupiłam. Ta informacja tak mną wstrząsnęła, że nie dosłyszałam nawet jego imienia. Zapraszała mnie na herbatę, ale odmówiłam usprawiedliwiając się dużym nawałem pracy. Nie powiedziałam jej, że nie pracuje już w szkole. Gdy odchodziłam ostatni raz obejrzałam się za siebie i zobaczyłam jak Pan M. przytula Natalkę. Jak dotyka brzuszka. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, ale mimowolnie uśmiechnęłam się. Wróciłam do domu i znowu była szarość, smutek i pustka. Płakałam przez całą drogę powrotną. Wszystko stało się jasne. Zwariowałam. Przez te kilka dni oszukiwałam samą siebie. To nie była żadna miłość. Sama nie wiem co to było. Wszystko zwaliło mi się na głowę. Znowu pusty dom i powracające wspomnienia zamieniły moje życie w piekło. Widząc to jego spojrzenie, bałam się wykonać jakikolwiek ruch. Wstydziłam się tego co zrobiłam. Idiotka ze mnie. Kto by pomyślał, że starą babę zauroczy jakiś siusiumajtek. Plułam sobie w brodę myśląc o tym wszystkim. Jak bardzo się wygłupiłam. Usiadłam na fotelu wzięłam ulubione zdjęcie Jacka i przytulając je do piersi popłakałam się. Moja złość nie miała granic. Po kilku chwilach z oczami pełnymi od łez, wstałam i podeszłam do kredensu …
Nazywam się Dorota Orłowska i od 7-miu lat jestem alkoholiczką …
KONIEC
Misiek super, fajnie sie czyta,chociaz zaskoczylo mnie zakonczenie-
OdpowiedzUsuńna poczatku troche rozczarowalo, bo pomyslalem ze to jej syn i ze maz moze mial skok w bok i teraz bedzie miec syna na pocieszenie...,
a pozniej to z alkocholiczka to juz calkiem mnie zaskoczylo nie spodziewalem sie takiego zakonczenia...:*
Koniec zaskakujący. Choć na miejscu prawie 50 letniej kobiety, która straciła męża po 20 latach małżeństwa, chyba ucieczka w alkohol nie powinna dziwić.
OdpowiedzUsuńBardzo fajne opowiadanie, będę czekał na kolejne.
Opowiadanko całkiem fajne, szybko się czyta i na dodatek zaskakujący koniec. Ale powinnaś popracować nad interpunkcją. Aha i jeszcze jedno: co to znaczy kruczoczarne??
OdpowiedzUsuńPs. Miał na sobie grubą kurtkę, gdyż była to zima. – co autor miał na myśli? Stwierdzał autentyczny fakt :D